Pierwszego lutego, w godzinach porannych, na terenie AWF-u zebrała się grupa dzielnych, żądnych przygód wojowników - członków Bielańskiego Klubu Karate Kyokushin. Nie było nas wielu, ale patrząc na uczestników od początku można było się spodziewać, że ten obóz pozostanie na długo w naszej pamięci. Pod czujnym okiem sensei Mariusza, oraz sempai Jacka, Łukasza (pseudonim Senior) i Roberta (pseudonim Hikson) mieliśmy doskonalić naszą technikę, oraz kondycję, ale również wspaniale się bawić.
Kierowca nie zdążył jeszcze nawet uruchomić silnika, kiedy zaczęły się przygody. Czujne oko sensei Mazura wypatrzyło Obcego... okazało się, że pewien nieszczęśnik pomylił autokary - oczywiście była to tylko przykrywka, gdyż tak naprawdę (jak każdy) chciał do nas dołączyć. Ten przebiegły plan dzięki naszej szybkiej interwencji nie wszedł w życie. Droga minęła spokojnie, obyło się bez żadnych problemów i dojechaliśmy na miejsce pełni entuzjazmu. Po krótkim marszu, naszym oczom ukazał się duży, przyjaźnie wyglądający dom góralski. To w nim mieliśmy zamieszkać na kolejne czternaście dni.
Już w poniedziałek, bladym świtem wszyscy stawili się na pierwszy rozruch - od tej pory, codzienne wstawanie o szóstej rano miało stać się dla nas chlebem powszednim. Po pysznym śniadaniu dzieliliśmy się na grupy, z których jedna udawała się z nartami na stok, a druga szkoliła się w trudnej sztuce saneczkarskiej, w wyniku czego powstało wiele nowych technik zjazdu (m.in. słynny sanko-board). Nasze śnieżne przygody często kończyły się globalną bitwą na śnieżki, czy też bardziej pokojowym budowaniem igloo (sempai Janusz Wróbel służył tutaj radą i nieocenioną pomocą). Wyczerpani białym szaleństwem wracaliśmy do domu na wspaniały, urozmaicony obiad. Podczas poobiedniego odpoczynku mieliśmy szansę na upragnioną drzemkę. O szesnastej wszyscy, ze zdwojoną siłą, stawiali się na trening. Już sama droga na salę była dla nas wystarczającą rozgrzewką, i w pierwszych dniach mało kto, po półgodzinnym marszu pod górę, nie potrzebował chwili odpoczynku. Jednak z biegiem czasu, pokonanie tej odległości przestawało sprawiać nam problem. Na treningach poznawaliśmy tajniki kumite i kata Drogę powrotną często pokonywaliśmy biegiem, gdyż każdy z niecierpliwością myślał o kolacji - najbardziej wyczekiwanym w ciągu dnia posiłku. Wieczorem mieliśmy okazję zobaczyć jak robią "to" zawodowcy - oglądaliśmy filmy o najlepszych zawodnikach Kyokushin. Oczywiście nie obeszło się też bez słynnego "Braveheart" - pozycji obowiązkowej dla każdego członka BKKK. Cisza nocna zawsze była przestrzegana, gdyż po wyczerpującym dniu nikt nie miał już siły, ani ochoty na nocne szaleństwa.
Aby całkowicie wykorzystać czas spędzony w górach, odbyliśmy również dwie całodniowe wycieczki. Pierwszą była wyprawa do (?)- została okupiona bólem mięśni, oraz siniakami (spowodowanymi wielokrotnymi upadkami na oblodzonej drodze), ale do dziś bardzo miło ją wspominamy. Tego dnia przebywaliśmy również w Centralnym Ośrodku Sportowym, gdzie miał miejsce krótki trening, oraz gdzie skorzystaliśmy z olimpijskiego basenu. Niestety czas nas gonił, więc spacer po Krupówkach został ograniczony do piętnastu minut. Kolejną wycieczkę odbyliśmy do Morskiego Oka. Warunki pogodowe nie były najlepsze, jednak dla członków BKKK, trzeba czegoś więcej niż drobnych zachwiań pogody, aby się zniechęcić! I tym razem nie mieliśmy okazji na dłuższy pobyt na Krupówkach.
Dwa dni przed zakończeniem obozu odbyła się Noc Duchów, podczas której nowicjusze musieli dowieść swojego męstwa. Czekały ich między innymi karkołomne zjazdy na sankach, spotkania z istotami z zaświatów (oraz odkupienie ich win poprzez robienie pompek nad ich ciałami) i inne mrożące krew w żyłach próby. A wszystko to odbywało się w środku nocy, przy trzaskającym mrozie. Wszyscy pomyślnie przeszli chrzest i zakończyło się bez ofiar w ludziach.
Tradycyjnie, ostatniego wieczora została urządzona sayonara, podczas której objawiło się wiele talentów aktorskich (m.in.docenieni przez jury Konrad i Krzyś). Walka była zacięta, gdyż większość grup odznaczyła się pomysłowością oraz przenikliwością w obserwacji obozowego życia. Niesamowity entuzjazm wzbudził występ Mafii- grupy najstarszych dziewczyn :, jak również skecz przygotowany przez Ośmiu Wspaniałych. Przez cały wieczór, którego kontynuacją były śluby, panowała wspaniała, rodzinna atmosfera. W tym roku węzłem małżeńskim zostało połączone wyjątkowo wiele par (niektóre dobrowolnie, inne trochę mniej...). Po pożegnalnej dyskotece wszyscy udaliśmy się do pokojów zbierać siły przed długą drogą powrotną.
W dniu wyjazdu nie było nikogo kto twierdziłby, że te dwa tygodnie nie były udane. Nauczyliśmy się współpracować ze sobą, poznaliśmy bliżej naszych kolegów i jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że BKKK nie jest tylko klubem sportowym, ale również miejscem gdzie nawiązujemy nowe przyjaźnie, gdzie uczymy się życia w grupie, gdzie choć każdy jest inny, to jednak wszystkich łączy jedno- chęć pracowania nad swoim ciałem i duchem. Po tak udanych feriach z niecierpliwością oczekujemy kolejnego, wspólnego wyjazdu.
Ewelina Falkowska & Maja Wańkowicz :-)
Maja Wańkowicz & Ewelina Falkowska